Kiedy będąc w podstawówce nie chciałam chodzić na lekcje religii, Mama powtarzała mi: „dziecko, człowiek musi w coś wierzyć!”. I wiecie co? Ja wierzę … w miłość od pierwszego wejrzenia. Chociaż w nomenklaturze tego bloga powinnam powiedzieć  „od pierwszej jazdy”. Kilka lat temu naprawa mojego ówczesnego samochodu mocno się przedłużała. Serwis klasy premium, chcąc zrekompensować mi swoją nieudolność, zaproponował samochód zastępczy – demonstracyjny (a więc domyślacie się, że jedyne czego w nim brakowało to chłodnego prosecco ;)) – egzemplarz Mini Cooper S. To była moja pierwsza dłuższa jazda tym samochodem i z wielkim żalem zwracałam go po skończonej naprawie mojej Z4. Wiem, że brzmi to niewiarygodnie ale byłam gotowa z miejsca oddać lanserski kabriolet za tego małego czerwonego potwora.

P1070944

Testowany dziś przez nas egzemplarz to może nie Cooper S ale kto by się tym przejmował skoro jest to najświeższy model czyli to co „Panie” lubią najbardziej. W tym samochodzie wszystko się nam podoba, od wnętrza dopieszczonego w najmniejszych detalach, poprzez lekko powiększone w stosunku do poprzedniej generacji nadwozie aż po super – sztywne zawieszenie. „Miejski gokart” to dwa słowa, w których zawiera się kwintesencja tego auta. Jesteśmy nieobiektywne i kompletnie bezkrytyczne wobec niego. Choć korzenie ma brytyjskie to duszę i serce iście niemieckie a taką motoryzację cenimy najbardziej.

Z mojego punktu widzenia wybór takiego samochodu wydaje się kompletnie irracjonalny – mam męża, dwoje małych dzieci i psa… ale kto powiedział, że nie może parkować obok rodzinnego kombi – w moim garażu zawsze znajdzie się dla niego miejsce, w końcu jest MINI.

Dziś Mamie powiedziałabym: „Mamo proszę, nie bój się o mnie. Wiem, że słucham częściej serca niż rozumu i chcę żyć jak najmocniej”.

Tekst: Ulana 

Zdjęcia: Anna Nazarowicz