Czasami świat samochodów do złudzenia przypomina „Modę na sukces” – mydlaną operę, w której matka romansowała ze swoim synem choć ten w rzeczywistości był dzieckiem jej własnego ojca. Tak, my też do dziś odpowiadamy sobie na pytanie, jak bardzo trzeba przedawkować picie płynu do spryskiwaczy, aby móc reżyserować takie science fiction. Jednak historia nie kłamie – świat motoryzacji również obfitował w dziwaczne „romanse”.

To była sobota. Wyjazd na południe Polski o 6:00 nad ranem był jak bitwa pod Termopilami – przeżyją tylko wyjątki z tytanu. Ale czego to kobiety nie robią dla motoryzacji? Zloty starych samochodów nigdy nie przypominają gorączki zakupów podczas sezonowych wyprzedaży, ale miło popatrzeć, jak Ci staruszkowie na czterech kołach, mimo upływu stulecia, nadal pozostają w szczytowej formie dzięki swoim właścicielom. Postanowiłyśmy podarować im nieco swojej uwagi zanim ponownie znikną w czeluściach garażu. Podczas kiedy przechadzałyśmy się wzdłuż całego rzędu, konkurs piękności trwał w najlepsze. Aż tu naszym oczom ukazał się Mały Książę, najmniejszy z najmniejszych który jednocześnie skupiał uwagę wszystkich ze skutecznością Justina Biebera. Każdy chciał go dotknąć i rozsiąść się w nim wygodnie ale to my stwierdziłyśmy, że nie wrócimy do domu, póki w nim nie usiądziemy.

IMG_1571

Znaczek BMW na masce wygląda nieco groteskowo. Podczas kiedy dziś samochody bawarskiego producenta to prawdziwe lwy salonowe których nadwozia mają długość mostu Świętokrzyskiego, ciężko uwierzyć w widok takiego żuczka. A samochód wcale nie jest mały: on jest bardzo mały. Śmiem twierdzić, że idąc przez parking  i nie patrząc pod nogi człowiek mógłby go rozdeptać niczym kapsel.

Zajmowanie miejsca za jego kierownicą jest równie wyszukane, co nurkowanie w sukni balowej z XVI wieku. Należy uchylić ogromne i jedyne obecne tu drzwi, będące jednocześnie twarzą tego samochodu. Nie jest to jednak czystej „krwi” BMW, a owoc włosko-niemieckiego romansu. A tak konkretnie to Włosi dali wszystko, a Niemcy znaczek i silnik. Jednocylindrowe serce o pojemności 250 cm3 generowało moc – uwaga – całych 12 KM.  Zanim zaczniecie się śmiać, miejcie na uwadze, że Isetta rozwijała maksymalną prędkość 85 km/h (oczywiście nie bez znaczenia pozostawała tu masa własna – okrągłe 360 kg). Tylne koła były tak blisko siebie, że optycznie zlewały się w jedno. Takie rozwiązanie pozwoliło jednak na wyeliminowanie mechanizmu różnicowego, a co za tym idzie, obniżenia kosztów produkcji. Gdzie jest popyt, jest i podaż. Mimo, że na małe samochody był apetyt,  Niemcy nie potrafili skonstruować swojego własnego malucha. Za to Włosi nie pokochali jej na tyle, aby produkcja miała rację bytu. I tak w latach 1955-1962 Isetta zmieniła swój rodowód i rozpoczęła karierę na niemieckiej arenie.  Pod bawarską banderą zyskała lepsze, hydrauliczne hamulce oraz kosmetyczną operację nadwozia. Na niektórych rynkach Isettę sprzedawano jako pojazd trójkołowy gdyż wtedy do jej prowadzenia nie było potrzebne prawo jazdy. Ostatnia Isetta opuściła Monachium w 1962 roku. Jej następca, BMW 600, nigdy nie powtórzył jej sukcesu.

IMG_1573

Wyścig konstruktorów samochodów nieprzerwanie trwa, a stawką jest serce i portfel klienta. Dlatego nikogo już nie dziwią wynalazki w postaci masujących foteli, prędkościomierzy wyświetlanych na przedniej szybie czy też samochodów, które samodzielnie parkują. Z pewnością jutro samochodami zaczniemy latać na Księżyc, będzie można zlecić im również wstawienie prania i ubranie choinki. Jednak większość z nich nie zdoła osiągnąć takiego wzornictwa, które rozlewa na sercu przyjemną falę ciepła, a uśmiech wręcz wciska nam na usta. Tak, pobudka o godzinie 6:00 w sobotni poranek była bolesnym doświadczeniem chociaż ABW nie pukało do drzwi 🙂 Ale jak to śpiewała Monika Brodka: “Kto z miłości jeszcze nie umarł, nie potrafi żyć”.

BMW-Isetta-Images-12

 

Tekst: Anna Nazarowicz