Był rok 1955. Citroen DS ujrzał światło dzienne, a świat ogarnęła prawdziwa histeria. Fizycznie to był samochód, ale technicznie i stylistycznie – wrota do innej czasoprzestrzeni. Minęły długie lata. Francuski producent wskrzesił markę DS. Czy przywołał również ducha legendy?

W latach 50. przednie reflektory doświetlające zakręty czy hydropneumatyczne zawieszenie dostępne w Citroen DS były jak lot człowieka na Księżyc – nikt nawet nie śmiał o tym pomyśleć. To, co w XXI wieku producenci zaczynają wcielać w życie, 60 lat temu wykraczało poza wszelką wyobraźnię. Jednym słowem Citroen dokonał niemożliwego. Optymizm jednak szybko prysł – liczne usterki wymusiły na modelu zejście ze światowej  sceny. Francuzi nie dali jednak za wygraną.

Po raz pierwszy poznaliśmy się dwa lata temu. Po zajęciu miejsca za kierownicą wręcz mnie onieśmielił. Kabina pasażerska stanowiła istną wariację kształtów i materiałów użytych do jej wykończenia. „Przepadłam” przemknęło mi przez myśl kiedy próbowałam się z nim porozumieć za pomocą tych wszystkich guzików i pokręteł. Odnalezienie nawet najprostszych funkcji przypominało poszukiwania Bursztynowej Komnaty. Dziś ten czarny książę nie sprawiał mi już żadnych problemów wychowawczych. Z zamkniętymi oczami buszowałam po menu komputera pokładowego. Czego nie mogłam powiedzieć o mojej siostrze. Ten sam blady strach w jej oczach który widziałam w lusterku w 2014 roku.

Citroen DS5

Największy samiec w ofercie DS niewiele się zmienił. Na szczęście kabina skąpana w czerni podoba się w równie dużym stopniu co za pierwszym razem. Przyciski umieszczone na podsufitce na wzór  tych w myśliwcu nadal skutecznie malują uśmiech na twarzy. Fotele są ogromne niczym w samolocie Boeing 747 a tylna kanapa to istna sofa. Ładnie, z polotem, bez żadnych ograniczeń. I tak wygodnie, że nie masz ochoty z niego wysiadać. Mimo że lada moment polska drużyna piłkarska na Euro 2016 stoczy kolejny mecz swojego życia.

Sercem testowanego egzemplarza był wysokoprężny, turbodoładowany silnik o pojemności 2.0  litra i mocy 180 KM. Spora pojemność, równie spora moc ale apetyt na ropę znacznie skromniejszy. 7 litrów na każde pokonane 100 km to całkiem zacny wynik jak na takiego Goliata. Bo patrząc, jak się ledwo mieści na tradycyjnym miejscu parkingowym żadne inne określenie nie przychodzi nam do głowy. A mimo tak pokaźnych rozmiarów prowadzi się pewnie a toru jazdy trzyma się jak przyklejony.  Nawet podczas większych prędkości rozwijanych na trasie do wnętrza kabiny dociera jedynie subtelny podmuch powietrza. I ten spokój oraz opanowanie, dzięki którym nawet po przekroczeniu 120 km/h  sprawia wrażenie jakby poruszał się z prędkością 40 km/h. Ciekawostką są również reflektory. Nie trzeba wykonywać skrętu pod kątem 90 stopni, aby doczekać się ich reakcji, ponieważ wyczuwają, i natychmiast reagują nawet na najdrobniejszy ruch kierownicą. Zuchy, zwłaszcza nocą.

Citroen DS5 test

Siedem dni minęło jak jeden dzień i nadszedł czas pożegnania. A wraz z nim podsumowanie wspólnie spędzonego czasu. A był to z pewnością czas relaksu. Bo za kierownicą tego samochodu po prostu się wypoczywa. DS5 aplikuje do bycia limuzyną i trzeba przyznać, że świetnie mu idzie. Oczywiście projektanci mu tego zadania wcale nie ułatwili bo kształty nadwozia czynią go prawdziwym odmieńcem na tle konkurencji. Ale skutecznie nadrabia komfortem jazdy oraz stylem prowadzenia. Bo mimo, że moc jest spora to umysł za kierownicą pozostaje niczym niezmącona tafla wody. Wrzucasz bieg i delektując się ulubioną muzyką po prostu płyniesz. Dajesz mu się ukołysać w tym tańcu, poprowadzić za rękę. Zapadasz w swoisty sen z którego nie chcesz się już wybudzać. Chcę się w nim zatopić jeszcze raz.

Citroen DS5 test

Fot. Anna Nazarowicz

Citroen DS5 test

Citroen DS5 test

Citroen DS5 test

Citroen DS5 test