O niektórych mawiamy, że są niczym wino. Najlepszym tego przykładem jest aktorka Julia Roberts.  Czas pędzi nieubłaganie, jednym przybywa zmarszczek, innym kilogramów. A ona z roku na rok coraz młodsza, zgrabniejsza i bardziej uśmiechnięta. Gdybym miała ją porównać do samochodu, bez zawahania wskazałabym klasę A. Bo każda jej kolejna odsłona to coraz więcej stylu, uroku i seksapilu.

Pierwsza  generacja przypominała kształtem pudełko na pierścionek. Za takim rozwiązaniem stały solidne argumenty. Jednym z nich był ten, że przy czołowym zderzeniu silnik i skrzynia biegów wciskały się pod podłogę, a nie pasażerom na kolana. Jak na małego mieszczucha był zatem bezpieczny, ale urokiem osobistym nie rzucał mnie na kolana. Trzecia generacja była niczym koło – stanowiła istny przełom. Nieporadna kuleczka wyrosła na zgrabnego kocura a ja zrozumiałam, że to jest właśnie samochód, który kiedyś będę mieć. Los zdecydował się do mnie uśmiechnąć bowiem z czwartą, najnowszą generacją, miałam okazję na 4 dni stanąć twarzą w twarz.

5 zalet

Pierwsza to wygląd, ale na jego temat nie będę się zbytnio rozpisywać. Najnowszy Mercedes klasy A wygląda tak, jak przystało na samochód, za który ludzie mają chcieć zostawić w salonie worek pieniędzy. Wprawdzie czerwony kolor nie jest tym, który najbardziej lubię, ale w tym przypadku trudno mi sobie wyobrazić, aby mogło być inaczej. Pikanterii dodaje obniżone zawieszenie oraz 19-calowe felgi.

Drugą z zalet jest bezsprzecznie wnętrze. Tu bowiem zaszły duże i, przede wszystkim pozytywne zmiany.  Jest znacznie ładniej, niż w poprzedniej generacji. Przybyło też fajerwerków. Do takich z pewnością zaliczam sztuczną inteligencję obecną w tym samochodzie. To właśnie ona zapamiętuje ulubione piosenki, a w razie korków pokaże najszybszą drogę do domu. Włączy też m.in. wybraną stację radiową czy podgrzewanie foteli, wystarczy wydać jej komendę.

Trzecia to z całą pewnością tryb Sport, który aplikuje kierowcy solidną dawkę pozytywnych wrażeń. Testowany egzemplarz został wyposażony w turbodoładowany silnik 1.3 o mocy 165 KM a to, sami przyznajcie, w tym segmencie niemało. O ile jednak w trybie Comfort Mercedes klasy A to spokojna dama, o tyle po wyborze trybu Sport robi się z niej istna ladacznica. Co więcej, z tej ladacznicy człowiek nie chce już wysiadać. Producent zbyt mocno zadbał, aby układ wydechowy w tym trybie milczał niczym grób, ale skrzynia biegów to rekompensuje. Dwusprzęgłowy, siedmiobiegowy automat to,  moim zdaniem, czwarta, duża zaleta tego samochodu. Kolejne biegi wbijała szybciej, niż ja zdążyłam o tym w ogóle pomyśleć. Jeszcze przyjemniej te biegi redukuje. Tak to powinno działać w każdym samochodzie, ale nie w każdym tyle kosztować. Mercedes bowiem życzy sobie za taki automat 7 317 netto.

Piąta, godna uwagi zaleta, to sposób, w jaki to auto się prowadzi. Tak, miałam okazję prowadzić znacznie szybsze samochody. Tak, były też znacznie bardziej sportowe. Ale dzisiaj już wiem, że nie o setki koni mechanicznych chodzi, ale o sposób, w jaki działa układ kierowniczy, w jaki ten samochód trzyma się drogi. A nowy Mercedes klasy A drogi trzymał się wręcz wyśmienicie.

2 wady

Nie ma ludzi bez wad i z samochodami bywa podobnie. Nowy Mercedes klasy A moim zdaniem wady ma dwie. Pierwsza z nich to piano black – czarne tworzywo na wysoki połysk, z którego jest wykonany cały tunel środkowy. Przyznaję, że kurz i odciski palców zbiera naprawdę skutecznie. Kto zatem lubi ład i porządek, ten na pokładzie powinien mieć ściereczkę. Drugą jest touchpad. Nie doceniam go w laptopach, nie kupuję go w samochodach. Wszelkiego rodzaju pokrętła czy też joystick stanowią dla mnie lepsze rozwiązanie. A mimo to bez wahania podjęłabym decyzję o zakupie. Ten silnik i ta skrzynia to wszystko, co chciałabym w mojej A klasie mieć. Reszta dodatków jest w moim odczuciu zbędna. Nie mają najmniejszego wpływu na sposób prowadzenia, a to on urzeka tu najmocniej.

Tekst: Anna Nazarowicz