Przesuwanie granic jednych gubi, innych wiedzie na sam szczyt. To, co robił Brabus, stanowiło czyste szaleństwo, ale okazało się, że w tym szaleństwie właśnie jest metoda. Bo możesz być grabarzem, murarzem, opiekunką czy też sadownikiem, ale wszyscy, bez wyjątku mamy ten sam apetyt na moc. I kiedy toczące pianę z pyska AMG to dla Ciebie za mało, zostaje ci wściekły Brabus.

Wszystko zaczęło się w latach 70-tych. Młody chłopak miał marzenia, ambicje i … szybkie Porsche. Ojcu nie spodobała się ta wybranka, prowadził bowiem salon Mercedes-Benz. Młodzieńczy temperament ugiął się zatem pod żelaznym autorytetem taty, co nie zmieniło faktu, że samochody z gwiazdą na masce nie były tym, czego szukał. Tak, obok salonu, powstał nieduży serwis prowadzony przez młodego Bodo Buschmann’a, który już na zawsze miał zmienić oblicze samochodów Mercedes-Benz.

Model, który przyniósł cześć i chwałę

Pierwsze fantazje powstawały na bazie Mercedes-Benz klasy S W116. Przynęta chwyciła i już po dwóch latach modele sygnowane znaczkiem Brabus płynęły w kierunku Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tym, co jednak bezpowrotnie zapisało firmę na kartach motoryzacyjnej historii, była klasa E W210 a konkretnie E V12 7,3 S. Grzeczny do kwadratu „okular” miał przeszczepiony silnik V12 z klasy S, który dodatkowo został „rozwiercony” do pojemności 7,3 litra.

Jednostka wręcz pluła jadem, bo nie można inaczej określić mocy 582 KM a przypominam, że działo się to w 1996 roku. Na szczęście prędkość maksymalna tej cholery została ograniczona elektronicznie….do 330 km/h. W efekcie tego Mercedes-Benz E V12 aż do 2003 roku szczycił się mianem najszybszego sedana na świecie. Został wpisany do Księgi Rekordów Guinessa, doczekał się wersji kombi (najszybsze kombi na świecie), a Michael Schumacher kupił obydwie wersje nadwozia.

Im dalej w las, tym wilki większe

Lata biegły, a kolejne krwiożercze gremlinsy od Brabusa podbijały rynek. Przełomową datą był 1999 rok, kiedy to Mercedes-Benz przejął większościowy pakiet udziałów AMG, a Brabus został największym, niezależnym tunerem niemieckiej marki samochodów. Tym, co jednak wywraca gałki oczne do góry nogami, jest każda G63 AMG, czyli prawdziwa legenda, która powstała na potrzeby armii, i która do dziś składa się wyłącznie z kątów prostych. I na tą realizację lubię w Brabus Warszawa patrzeć najbardziej.

Kultowa klasa G 63 AMG po opuszczeniu salonu legitymuje się mocą 585 KM oraz maksymalnym momentem obrotowym równym 850 Nm. Po zamontowaniu modułu moc wzrasta do 700 KM, a moment do 950 Nm. Do tego dochodzi nieco masy mięśniowej w postaci zmodyfikowanych zderzaków, nadkoli, progów i obowiązkowo większe (oraz szersze) koła. Efekt? Prawdziwy, ponad 2-tonowy Mastif Tybetański, który nie skręca, ma apetyt jak 3-miesięczny szczeniak przez co w portfelu wygryza Ci dziurę, ale i tak nie przestajesz go kochać.

Skąd ten znaczek?

Bazę stanowią egzemplarze Mercedes-Benz AMG, które już w „cywilnej” wersji emocjonalnie obdzierają żywcem ze skóry (i ja dobrze o tym wiem, ponieważ odbyłam dwudniowe szkolenie AMG Performance, o czym możecie poczytać tutaj). Brabus ściąga jednak niemiecką gwiazdę, zamieniając ją na majestatyczne B, i nie wynika to absolutnie z przerośniętego ego, a jedynie z faktu, że Brabus ma w Niemczech status producenta samochodów. Na każdym, zmodyfikowanym przez siebie samochodzie może się zatem podpisać jak na artystę i jego dzieło przystało.

Tymczasem na zdjęciach możecie podziwiać czyjeś kolejne, spełnione marzenie przez Brabus Warszawa.