Viagra została wprowadzona na rynek w 1998 roku. Na pozór kolejna, kolorowa tabletka wśród wielu, która jednak odmieniła życie milionów ludzi na świecie. Ford Mustang – ot, niby kolejny samochód który wkracza na rynek. Po raz pierwszy w historii zapuszcza się jednak do Europy.  Czy warto było czekać? Panie i panowie kurtyna w górę!

Ma więcej fanów niż zespół Metallica lecz tylko nieliczni znają historię jego powstania. My znamy i co więcej, chętnie się podzielimy aby zasypać dziurę niewiedzy w Waszych głowach. Ford Mustang został powołany do życia w 1964 roku. W dobie, kiedy samochody miały spełniać rolę środka transportu, panowie z Forda zapragnęli stworzyć nowy styl życia będący odpowiedzią na drogi i srogi Chevrolet Corvette. Zadanie było niełatwe ponieważ Ford, aby sięgnąć po złoto w samochodowych igrzyskach, musiał wzbudzać pożądanie wyglądem, ceną i osiągami. Było pod górkę, ale – jak to mawia nasza mama -„kto mało oczekuje, ten mało od życia dostaje”. I tak 17 kwietnia 1964 roku świat ujrzał na własne oczy coś, co miało młodym ludziom wolność dawać garściami (nazwa samochodu miała być tego niezbitym dowodem). Firma nie wzięła jednak pod uwagę jednego: że Mustang porwie serca nie tylko tych młodych. Krążą legendy, że pod salonami trwały istne batalie a po jednej z nich szczęśliwy nabywca nowego Mustanga spędził w nim swoją pierwszą noc. I tak rok po premierze, w kwietniu 1965 roku  producent mógł się taplać w szampanie świętując 418 812 sprzedanych egzemplarzy.  Mijały lata, Ford Mustang przybierał mniej lub bardziej udane kształty lecz wciąż był pięknym* i niedrogim samochodem (* – nie dotyczy III generacji która powinna zostać zatopiona zanim wyjechała na ulice miasta). Na chwilę obecną rynek podbija już szósta generacja. O wiele ważniejszy jest jednak fakt, że kultowy Mustang nigdy nie postawił „kopyta” w Europie. Aż do dziś.

IMG_1451

Wizyta w Californii była doskonałą okazją, aby dosiąść tego rumaka. W końcu któż z nas o tym nie marzy? Całe życie patrząc na miniaturkę prężącą się na półce, dziś miałam okazję zasmakować czym jest prawdziwe szczęście. Nadwozie w wersji cabrio przyprawia o drżenie kolan. Można mi zarzucić brak obiektywizmu ale czy ja naprawdę muszę Wam pisać gdzie to mam? Zachwyt nie tylko równie szybko nadchodzi ale równie szybko przemija. Wystarczy zająć miejsce za kierownicą aby się przekonać, że Ford nie ma zamiaru zwiększać budżetu na produkcję swojej legendy. Wygląd oraz jakość użytych we wnętrzu materiałów to solidny policzek. Można jechać z zamkniętymi oczami. Można również otworzyć dach aby przekonać się, że życie za jego sterami naprawdę potrafi być piękne. A dach otwiera się cicho niczym szept, z prędkością ….. dzikiego mustanga.

IMG_1459

Wszelkie niedogodności samochód wynagrodzi nam po uruchomieniu silnika. Testowany egzemplarz został uzbrojony w potężne, wolnossące serce o pojemności 3.7 litra. Dużo? Nawet bardzo. I tak ma właśnie być!!! To rasowy muscle car: ma ryczeć wniebogłosy, pochłaniać benzynę beczkami i pędzić tak, aby pęd wiatru wyrywał drzewa z korzeniami. W rzeczywistości układ wydechowy ma „głos”  niczym Pavarotti, ale benzynę pije z umiarem (8 litrów w trasie) a drzew nie wyrywał tylko dlatego, że Stany Zjednoczone za przekroczenie prędkości niemalże sadzają na krzesło elektryczne. Zresztą kto chciałby przy otwartym dachu pędem powietrza naciągać sobie skórę czoła na plecy? Na gromkie brawa zasłużył układ kierowniczy. Swoją precyzją i lekkim oporem wręcz urzeka. Trzy tryby (City, Comfort i Sport) mają się dać mu wykazać w pełni. Plus na konto Forda Mustanga wędruje również za fotele – tłuste, amerykańskie tyłki lubią sobie wygodnie posiedzieć zatem te europejskie  nie będą narzekać nawet po tygodniowej przeprawie z Meksyku na Alaskę. W ich cieniu sławy stoi skrzynia biegów. 6-biegowy automat – spodziewałam się nieco większej liczby przełożeń zwłaszcza przy stadzie 310 KM. Ale oprócz tego, że biegów jest mało, poruszają się one nieco zbyt powoli. Jeżeli jednak zdecydować się na wybór trybu Sport, skrzynia nabiera werwy niczym podczas treningu z Chodakowską.

P1110006

Nie od dziś wiadomo, że społeczeństwo zza wielkiej wody nie lubi sobie zbytnio komplikować życia. Dlatego drogi są długie, szerokie (uśmiech nadal nie schodzi mi z twarzy) i  proste (f***k, why?). Na szczęście Hollywood obfituje we wzgórza, po których wiją się wąskie uliczki niczym tancerki w nocnych klubach (wiem bo widziałam na filmach). Tradycyjnie  Mustang posiada napęd na tylną oś (jeżeli kiedyś to się zmieni to słowo: pierwsza wyceluję w niego swoją bazookę). Jednak mimo licznych prowokacji (na zakrętach ciasnych niczym uścisk Salety) nowy Ford Mustang prowadził się jak na sznurku. Dało się słyszeć pisk opon ale ani przez chwilę samochód nie tracił przyczepności. I tak przez okrągłe 6 dni za kierownicą. Uśmiech nie schodził z twarzy a radość każdego dnia definiowana była na nowo. Nie liczy się dokąd zmierzasz bo jazda sama w sobie jest tutaj celem. Jak przyjmie go polski rynek? Nieważne. W moim sercu ma już swoją zagrodę.

P1110032

 

Tekst i zdjęcia: Anna Nazarowicz