Podobno ozorki smakują obłędnie, tylko ja nie mogę się do nich przełamać. Z koreańskimi samochodami bywało podobnie –  dużo dobrego słyszałam, ale nigdy nie próbowałam.  Aż w końcu zasiadłam do stołu, a na talerzu najbardziej pikantna, koreańska potrawa, czyli najmocniejsza KIA Stinger GT. Jak ona smakuje?

Zanim  ją odebrałam, nie miałam najmniejszych wątpliwości, że marka przeszła bardzo długą drogę od  pryszczatej nastolatki do kobiety z klasą. Wymagało to czasu, grubej skóry i całych kontenerów pieniędzy, ale dziś stoję twarzą w twarz ze słodkim i dojrzałym owocem tych usilnych starań. O tym, że samochody KIA da się lubić, najlepiej świadczy liczba poruszających się po naszych drogach egzemplarzy. Ale KIA Stinger GT to ten najmocniejszy w ofercie. Od jakiej strony ją poznałam

Ojciec, który spłodził niejeden sukces

Pominę grę wstępną, czyli opisywanie wyglądu. Bo tym, co warto wiedzieć, jest raczej nazwisko, które stoi za powstaniem tego samochodu. A jest nim Albert Biermann. Nie znasz? Nie szkodzi. To niemiecki inżynier, który przez długie lata był odpowiedzialny za produkcję takich ananasów, jak BMW M, czyli tych najbardziej jadowitych odmian bawarskiego producenta. Na chwilę obecną jest nie tylko sprawcą zamieszania, jakiego narobiła KIA Stinger GT, ale odpowiada również za narodziny takiego szatana, jak Hyundai i30 N. Nikt mi już zatem nie wmówi, że koreańskie samochody są beee.

Silnik V6 synku

Dobra informacja dla wszystkich, którzy wylewają rzewne łzy nad losem motoryzacji: pod maską żadne koci łapci, tylko podwójnie doładowany, benzynowy skarb o pojemności 3.3 litra V6 generujący moc 366 KM oraz 510 Nm maksymalnego momentu obrotowego. I mimo tego, że mam bujną wyobraźnię, naprawdę trudno mi opisać słowami, jak dobrze ten motor pracuje. Zwłaszcza, że silnik ma co wprawiać w ruch, bo KIA Stinger GT nie jest ani mała (4,8 metra długości) ani lekka (ponad 1800 kg). Dlatego tym bardziej wynik 4,9 sekundy do 100 km/h zasługuje na oklaski.

Za wyhamowanie naszej gwiazdy odpowiadają sportowe hamulce Brembo. Dobra wiadomość jest również taka, że samochód jest wyposażony w napęd na 4 koła, co z pewnością na zakrętach nie raz i nie dwa co niektórym uratuje skórę. Wprawdzie w trybie Sport+ następuje odłączenie trakcji, ale ostatnie słowo i tak należy do elektroniki która, w kryzysowej sytuacji, wkroczy do działania.

Wnętrze – wyższa kultura

Coraz więcej czasu spędzamy w samochodzie, dlatego też na wnętrze zwracamy coraz większą uwagę. Projektanci KIA Stinger GT wykonali w tym temacie wręcz podwójny piruet. I wcale nie mam tu na myśli jedynie tej skóry w pięknej, nieco chłodnej czerwieni, która jest jedynym słusznym wyborem do szarego nadwozia.

Fotele są naprawdę spore i mimo, że obok mnie zasiadali całkiem duzi panowie, to żaden z nich na brak komfortu nie narzekał. Tylna kanapa, pod względem ilości oferowanego miejsca, zaspokoiłaby potrzeby nawet Donalda Trumpa, a wszystkie funkcje są na miejscu i pod ręką. Naprawdę spory plus za aluminiowe (a nie tylko łudząco podobne do aluminium) elementy wykończenia. Jest klasa.

Przyczepię się do….

Pomijam już fakt, że przy takich gabarytach bagażnik jest zbyt mały, chociaż wynik 406 litrów z pewnością też wiele osób zadowoli. Ale na brak haczyków czy tez kieszeni już trochę ponarzekam, bo transport zakupów jest przez ten deficyt nieco utrudniony. Do pracy 8-biegowego automatu trudno się przyczepić, ale dwa razy przy ostrzejszym ruszaniu odniosłam wrażenie, że skrzynia jednak zaspała. Co nie zmienia tematu, że za kwotę 237 900 zł (bo taka otwiera cennik) nie znajdziemy na rynku równie dużego samochodu o takich parametrach z absolutnie doskonałym V6 pod maską. Wspaniała maszyna dla wszystkich, którzy na punkcie znaczka są pozbawieni kompleksów.