Turystycznie Polska jest doskonałym placem zabaw. Mamy góry, lasy, nie brakuje również wody. Co więcej, w smaku regionalnych potraw można się wręcz zatracić. Uświadczyłam tego będąc na Podlasiu. Droga wiedzie tam długa, kręta, krowi aromat dostajemy w pakiecie. Na dotarcie do celu wybrałam podwyższone Volvo V90 Cross Country. Jakie są mocne strony tego samochodu?

Jego wybór nie był przypadkowy. To największe kombi w ofercie producenta. Wprawdzie ilością klamotów kobiety nokautują czasami niejeden bagażnik, ale tutaj naprawdę trzeba się mocno postarać. Kto zatem lubi podróżować lub posiada dzieci, ten Volvo V90 Cross Country powinien mieć na oku.

Największe kombi – nie są to słowa na wyrost. Nadwozie ma 5 metrów długości, co oznacza że można tu zapakować Kolumnę Zygmunta, ale są momenty, w których parkowanie wymaga sporej wprawy. Co niektórych mieszkańców miasta może to nieco przerazić, ale po 7 dniach za kierownicą przeganiam złe demony: Volvo V90 Cross Country jest niebywale zwrotne. Nie w każde miejsce na parkingu się zatem wkleimy, za to manewry na mieście nie bywają aż takie straszne. Z odsieczą nadchodzą również czujniki oraz dodatkowe oko, jakim jest wszystkowidząca kamera.

Kabina pasażerska – szlacheckie maniery

Niemal trzymetrowy rozstaw osi sprawia, że warunki podróżowania przypominają te panujące w prywatnym jumbo jet-cie. Miejsca jest tutaj naprawdę sporo, na nogi, na głowę, na rozbuchane ego. W tak długich trasach fotele nie pozostają bez znaczenia. Pod tym względem Volvo, niezmiennie od lat, stoi dla mnie na podium. Foteli, projektowanych wspólnie z ortopedami, konkurencja może bowiem tylko pozazdrościć. Moim drugim, ulubionym punktem programu, jest system audio obecny na pokładzie. Chwaliłam już niejednokrotnie i pochwalę jeszcze raz bowiem Bang&Olufsen skroił nagłośnienie na miarę nawet tych najbardziej wygórowanych potrzeb. Efekt? Arka Noego brzmi niczym rasowa symfonia. Pasy zapięte, audio dostrojone, można zatem ruszać.

Silnik niczym wielbłąd – pić nie musi

Pod maską znalazł się najlepszy scenariusz na tak długą drogę – wysokoprężny silnik D5 będący najmocniejszym dieslem w ofercie. Dwulitrowa jednostka generowała moc 235 KM oraz 480 Nm maksymalnego momentu obrotowego. I ten wynik okazał się w zupełności satysfakcjonujący. Samochód na trasie zachowywał się doskonale. Producent zadbał o wyśmienite wyciszenie, chociaż jedno nadal się nie zmienia – w samochodach Volvo nigdy nie czuję prędkości. Odnoszę wrażenie, że ledwo się odpycham podczas kiedy na liczniku widnieje 120 km/h.

Jak Cross Country, to wiadomo, napęd na wszystkie cztery koła. Ale nie tylko. Cenniejszy od złota, na polnych drogach, okazał się również konkretny, zwiększony prześwit – znak rozpoznawczy uterenowionej wersji, który wynosi 21 cm. O ile na niektórych z Was może nie robić to żadnego wrażenia, to już stojąc na parkingu i patrząc na to auto z zboku, uwierzcie mi – zrobi. To rozwiązanie, które zda egzamin nie tylko w lesie, czy na polanie. Zwiększony prześwit spisze się na medal również w mieście: na muldach, krawężnikach, śnieżnych zaspach, nierównościach. Dopełnieniem tych aspiracji są czarne osłony widoczne na nadkolach. Całość daje naprawdę fajny efekt.

Wspomniany silnik nie tylko skutecznie Volvo rozpędzał, ale wykazał się także skromnym apetytem. Jeden zbiornik ropy w zupełności wystarczył, aby pokonać około 800 km. Całkiem przyzwoicie jak na nieduży zbiornik o pojemności 60 litrów oraz niemałą masę własną samochodu (1927 kg). Przystanki miały zatem miejsce jedynie na kawę, bo samo Volvo głodu nie odczuwało.

Rower, sękacz, ryby, kurki

Po dotarciu do celu pozostawało nam delektować się ciszą,  jeziorem, dla mnie obowiązkowo jazdą na rowerze, i tym co najlepsze: kuchnią. Ta na Podlasiu podbija zarówno serca, jak również podniebienia. Wędzone ryby,  chleb na zakwasie, kurki w cenie cebuli i najprawdziwszy sękacz. Czegoś takiego nie znajdziesz w supermarkecie. Jeżeli w drodze powrotnej planujesz zabrać wszystkie bagaże i jeszcze kawałek Podlasia, to duże kombi z pewnością zda egzamin.